Kolejne dwa dni można by opisać jednym, niecenzuralnym zdaniem, które lepiej zapisać w języku angielskim, bo ładniej brzmi: Muddy fucking days! Gdyby nie plantacje grapefruitów i mandarynek…, to nie wiem. To one uratowały nas przed wielogodzinnym złorzeczeniem. Z Tel Avivu przez Nahal Yarkon, czyli kąpiele błotne nie tylko nad Morzem Martwym Zaraz za Ramat Gan’em […]
You are browsing archives for