Przekroczyliśmy 900 kilometr Izraelskiego Szlaku Narodowego. I chyba cały Izrael, a co najmniej izraelskie wojsko postanowiło to uczcić, bo wpadli po nas (pod nasze drzewo) samochodem z propozycją podwózki. I to z propozycją nie do odrzucenia. Szczególnie, że pan nie mówił po angielsku i w międzynarodowym migowym pokazał gdzie mamy wsadzić nasze tyłki i to szybko. Cóż, wrzuciliśmy nasze brudne plecaki do jego czystego bagażnika i siebie do ciepłego wnętrza samochodu. Nie ma tego złego … Niestety przyjemność nie trwała długo, kilka kilometrów dalej, przy skrzyżowaniu dróg (nr 40 z nr 13) wysadził nas wskazując na tablicę:
Okazało się, że drogę główną krajową (podkreślam: główną !) zamknięto na kilka godzin w związku z manewrami wojskowymi na tym terenie. Przez to zamknięto też kilka kilometrów naszego szlaku (Tego dnia mieliśmy do przejścia 28 km, podobno najnudniejszy dzień ze wszystkich, w większości szlak biegł dokładnie wzdłuż drogi asfaltowej, oczywiście wynikało to własnie z tego, że po obu stronach drogi nr 40 znajduje się poligon). Pan kategorycznie pokazał nam, że możemy iść asfaltem, aż szlak dołączy do niego z prawej strony. Więc poszliśmy…
Było wcześnie i nie jechało zbyt wiele samochodów, a ci którzy nas mijali patrzyli zdziwieni, że nie jesteśmy tu by łapać stopa. Dopóki nie dojechali do blokady, nie mieli pojęcia jaki jest sens w naszym maszerowaniu asfaltem. Całe szczęście po kilku kilometrach obok pojawiła się droga szutrowa, na którą zeszliśmy, a niedługo później pojawiło się znakowanie naszego szlaku.
Wojsko zdążyło już popsuć jakiś czołg, a my tak szliśmy i szliśmy, i rzeczywiście było nudno…
Po 12 km odbiliśmy do aśramu. Desert Aśram Shitim zbudowano w miejscu starożytnych zabudowań militarnych, zapewne jakieś fortyfikacje. Jest to bardzo dobrze zorganizowany biznes, w miejscami hostelowymi, barami, z nutką duchowości. Przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut oka, po więcej zajrzyjcie na ich stronę tutaj. Szczególnie, że jeśli zbieracie pieczątki do paszportu, to tutaj w biurze znajduję się kolejna.
Napełniliśmy butelki wodą i wróciliśmy na trakt. Kilka razy musiałam Piotrusia odciągać od zabierania wojskowych skrzynek po amunicji…
Droga zaczęła wyglądać jak tor wyścigowy dla dużych pojazdów:
I rzeczywiście tak było – tereny ćwiczebne i baza wojskowa tuż przy szlaku :
Dzień zakończyliśmy w Neot Smadar, kibucu, o którym wszyscy mówili, że koniecznie musimy tam zajrzeć. Niestety wszystkie miejsca “dla wędrowców” były zajęte, ale pozwolono nam rozbić namiot przy kibucowej restauracji w ogrodzie. Tu też poznaliśmy fantastyczną parę Czechów.
Ale o samym Neot Smadar: kibuc założony w 1989 roku przez ludzi zainteresowanych filozofią Krishnamutry, filozofa hinduskiego. Generalnie filozofia kibucu opiera się na współpracy i kreatywności w życiu codziennym. Jako jednostki tworzące zmieniającą się wspólnotę koncentrują się na obserwacji siebie w trakcie wykonywania codziennych czynności oraz relacji międzyludzkich. Zainteresowanie to obejmuje również środowisko naturalne, a szczególnie wpływ działalności człowieka na nie. Dlatego ich życie (budownictwo, rolnictwo) oparte jest na ekologii. Produkują organiczne jedzenie: sery, mleko, soki, daktyle, ciasta, kosmetyki oraz wino. Zajmują się rzemiosłem artystycznym. Kilkanaście lat budowali wspólnymi siłami Centrum Sztuki, z bardzo osobliwą wieżą (wyrasta ponad otoczenie niczym penis), która służy jako naturalna klimatyzacja (chłodzenie powietrza w centrum). Mają kolejki wolontariuszy z całego świata, chętnych popracować za darmo (Piotrek od razu chciał zakładać własny kibuc, gdy zobaczył te dziewczęta;)). I chyba nie lubią niezapowiedzianych gości, bo jest to jedyny kibuc w Izraelu, w którym spotkaliśmy się z zamkniętą bramą główną. Klimatu nie da się opisać. Warto ich odwiedzić, chociażby po to, by spróbować uprawianych tu daktyli, są genialnie dobre!
Z plecakami wyładowanymi daktylami i super kozim serem ruszyliśmy dalej. Początek drogi był kontynuacją wczorajszej nudy, ciągle mijaliśmy poligon. Aż doszliśmy do miejsca, na które długo czekaliśmy: wydmy. Znaczy się miały to być wspaniałe jedyne wydmy o pięknej nazwie Kasui w Izraelu. Niestety chyba burza piaskowa wywiała większość tego piasku, bo nie przedstawiały się aż tak imponująco…
Ale fajnie było sobie popisać patykiem na piasku… Szczególnie, że późniejsze atrakcje były jakby patykiem na wodzie pisane, bo nie mogliśmy ich znaleźć: miało być sporo archeologii, ale prócz paru kamorów nic nie znaleźliśmy. Pewnie dlatego, że mamy za małą wiedzę z tej dziedziny ;). Minęliśmy lotnisko wojskowe, z którego startowały i lądowały samoloty. Grzbietem do naszej cygańskiej przyczepy. No namiot miał być beduiński, ale ta przyczepa …
Widok jeszcze przez chwilę niezwykły, bo niestety na sąsiednim wzgórzu budowany jest jakiś wielki hotel, gdy skończą ….
Noc spędziliśmy razem z grupą “czołgistów”, młodych chłopaków którzy odbyli służbę wojskową w bazie którą mijaliśmy wczoraj . Jak na prawdziwych Izraelczyków przystało mieli w swoich plecakach nawet buteleczki z przyprawami. Ale nie narzekam, bo ugotowali ryż, fajnie doprawiony, którym nas poczęstowali (oczywiście podając go w małych miseczkach, które przytargali ze sobą). Zapewne nie powinien nas zdziwić fakt, że rankiem, gdy zabrzmiał ich budzik, miał on dźwięk syreny;)
O poranku mijamy bokiem wioskę Shaharut, jedyną chyba bez ogrodzenia ze wszystkich, jakie dotąd widzieliśmy. Znów przyczepia się do nas pies i zaczyna wiernie podążać naszą ścieżką. Mądrzejsi o poprzednie doświadczenie od razu odganiamy do wsi. Wspinamy się w pierwszych promieniach słońca na brzeg klifu doliny Arava (część Wielkiego Rowu) i przez większą część dnia idziemy ścieżką wzdłuż niej. Mijamy kilka okrągłych skał wyglądających jak wielkie ziemniaki.
Są to guzki wapienne, kalcytowe skały osadowe, które krystalizowały się wokół związków organicznych , dowód na to, że 50 milionów lat wcześniej tereny te pokrywało morze.
Z góry widzimy już Timna Park.
Aż dochodzimy do finalnego zejścia dnia: Ma’ale Milhan. Na długości 1,5 km wytracamy 380 m wysokości. Ale jest łatwiej niż mogłoby się wydawać. Sporo skał, kamieni i przepaści, ale nie aż tak bardzo eksponowanych.
Gdy jesteśmy mniej więcej w połowie , zza górki wyłania się … pole pełne namiotów!
Już na dole wyglądało tak:
Niestety nie była to “nasza” szkoła z Hadery, z którą maszerowaliśmy rok wcześniej przez kilka dni w okolicach Aradu, tylko szkoła z Hajfy. Bachory w różnym wieku przyjechały na wycieczkę, za mało było opiekunów, więc sobie robili całą noc, co chcieli. Łącznie z okadzaniem nas dynem z ogniska przez całą noc… Nie zdziwi więc nikogo, że następnego ranka wyruszyliśmy tuż po szóstej…
w poprzednim odcinku w następnym odcinku
INFORMACJE:
Dzień 51: Zihor Junction – Shizafon (Neot Smadar) 29 km
czas przejścia 7-15.30
na 12 km znajduje się Desert Aśram Shithim, a w nim nocleg, woda, sklepik z papierosami, czipsami i pastą do zębów w biurze (kilka rzeczy dosłownie), bar (po 13tej można sobie kupić obiad), piwo i napoje
strona aśramu: tutaj
Niedaleko kibucu Neot Smadar na skrzyżowaniu dróg znajduje się restauracja/sklepik Neot Smadar Inn , można tam zjeść obiad, coś słodkiego, kanapkę, a w sklepiku kupić daktyle, mleko, sery, słodycze, oliwki, piwo, wino itp. wszystko organic = drogo nawet jak na Izrael
Można stąd wziąć wodę (trzeba o nią poprosić , jedyny kran z wodą pitną znajduje się w kuchni ) i w barze podładować telefon czy aparat
godziny otwarcia:
W samym kibucu możliwy jest darmowy nocleg dla osób idących INT , radzimy zadzwonić wcześniej , w Neot Smadar nie lubią niezapowiedzianych gości i przyjmują tylko określoną liczbę osób. W razie braku miejsca można się rozbić w ogrodzie restauracji – bardzo przyjemne miejsce
strona www kibucu: tutaj
Dzień 52 Shizafon – Shaharut (namiot beduiński ok 1 km przed wsią) 21km
czas przejścia: 7.50-14.30
woda i nocleg w namiocie za darmo dla osób idących INT (mimo iż nie ma takiej informacji na liście Trail Angels )
ciepły prysznic: 15NIS
Dzień 53 Shaharut – Ma’ale Milhan NC (Timna Park) 26 km
czas przejścia 6-15
Po wodę na koniec dnia trzeba podejść do biura znajdującego się przy bramie z kasami przy wejściu do Timna Parku, jakiś 1 km w jedną stronęod NC , po zamknięciu kas, czyli po 16tej trzeba przejść bramę bokiem i z tyłu są toalety i woda (Woda zdatna do pica tylko w biurze )


































Odkąd byłam w Jisr az Zarqa chodzi za mną przewendrowanie chociaż fragmentu tego szlaku! Fajnie, że można u Was zobaczyć jak to wygląda!
Izrael w ogóle sam w sobie jest ostatnio dość popularny. Chyba czas go odwiedzić 🙂
Czesto ostatnio czytam o Izraelu, chyba czas samej sie tam wybrac:)
Widoki na szlaku wyglądają imponująco. Kusicie tymi swoimi relacjami oj kusicie.
Swietna relacja! Asfaltowy szlak wydaje sie nudny, za to skrzynke po amunicji sama bym chetnie przygarnela.