Główny Szlak Sudecki

Karkonosze gwałtownie opadają do Kotliny Jeleniogórskiej, a my razem z nimi. Chociaż Główny Szlak Sudecki nie pozwala nam zapomnieć, że jesteśmy w górach. Dlatego też tam gdzie jest to możliwe w tym miejscu prowadzi nas na wzniesienia. A potem Rudawy Janowickie i Brama Lubawska. Ale najpierw pagórki (wiem, w Beskidzie Niskim nazwałabym je górami, no ale tu, po zejściu z wysokich Karkonoszy … ). W każdym bądź razie wędrujemy przyjemnie aż do samych Mysłakowic (z krótką przebieżką asfaltem, ale tu mieliśmy urozmaicenie w postaci serii geokeszy). A potem w Mysłakowicach – jakbyśmy się nagle znaleźli w Tyrolu (tylko Alp nie widać ;)). Przegięłam w tym momencie z wyobraźnią, bo pewnie wielu z Was zobaczyło nagle stereotypowego faceta w krótkich spodenkach i w kapelusiku z piórkiem, na dodatek jodłującego … A tu Tyrolczyk tylko ogrodowy, z gipsu, więc milczy. Ale za to uchowało się jeszcze kilka domów w stylu tyrolskim. Skąd tu takie? W 1837 roku osiedlili się tutaj austriaccy uchodźcy prześladowani w monarchii austriackiej ze względu na religię. Wybudowali tu kilkadziesiąt domów w stylu, który ze sobą przynieśli. Większość z nich zachowała się w dość dobrym stanie do dziś. Różnią się nieco od siebie wielkością, ale formę mają podobną. Jest to budynek jedno lub dwupiętrowy (tzw. Streckof) zbudowany na planie prostokąta z dachem grzbietowym. W tym samym budynku jest i część mieszkalna i gospodarcza (stajnia, stodoła). Charakterystyczne dla domów tyrolskich są drewniane balkony wsparte na bardzo bogato zdobionych belkach (rzeźbione w rośliny lub wzory geometryczne). Żeby zobaczyć skupisko tych domów (wraz z domem należącym niegdyś do cieśli Johannesa Lublassera, na balkonie którego do dziś zachował się napis po niemiecku: Boże błogosław króla Wilhelma III) trzeba odbić kilkaset metrów od szlaku w głąb wsi za stacją kolejową, ale warto.

Bukowiec w Dolinie Pałaców i Ogrodów

W Mysłakowicach również mijamy jedną z 3 tablic upamiętniających Główny Szlak Sudecki, na tym mamy wyrytą starą jego długość. Przez relatywnie niewysoki Mrowiec schodzimy do wsi Bukowiec. Wsi przebogatej w zabytki. I widokowo romantycznej. Pałac w Bukowcu należał do hrabiego von Redena (jego żona sprowadziła do Karpacza kościółek Wang). Wokół pałacu założyli oni przepiękny park, w którym obecnie znajdziemy ruiny opactwa, Świątynię Ateny, tajemniczy krąg druidów, dom ogrodnika, amfiteatr rzymski i inne. Generalnie Kotlina Jeleniogórska jest przebogata w tego typu zabytki, zadbane przez Związek Gmin Karkonoskich i zorganizowanych w Dolinę Pałaców i Ogrodów. Przyjrzyjcie się schematycznej mapie:

Sporo tego, nieprawdaż? W XIX wieku dolina Łomnnicy i Bobru były popularne wśród pruskiej arystokracji. Wybudowano tu wówczas wiele rezydencji wraz z parkami i ogrodami, które zaprojektował berliński modny architekt Karl Friedrich Schinkel. Tego dnia zostaliśmy nocować w Schronisku Młodzieżowym Skalnik. W sumie to dlatego, że uparłam się pierwszy raz w życiu nocować w takim przybytku. A co! W Bukowcu tuż pod płotem przy drodze stoi kamienny krzyż pokutny. Chociaż powiedzieć stoi to za dużo. Tak jakoś trzyma się pół oparty na siatkowym ogrodzeniu. Nad nim tabliczka. Później na dalszym szlaku w Sudetach spotkamy jeszcze tego typu krzyże i kapliczki. Stawiane one były w miejscach gdzie dokonano zabójstwa przez oprawców, jako wyraz ich skruchy i pokuty. Nie były to akty wypływające z wyrzutów sumienia. Była to forma zadośćuczynienia wynikająca z prawa. Najstarsze jakie przetrwały pochodzą z XIV wieku, ale i z XIX wieku jakieś się znajdą.

Rudawy Janowckie – szlak na Skalnik

Rudawy Janowickie wyglądają jak wielki wał o wyrównanej powierzchni i stromych zboczach w dwóch częściach: na południe od Przełęczy Rudawskiej (740 m n.p.m.) znajduje się ta zwarta i wyższa część z najwyższym szczytem Rudaw – Skalnikiem (945 m n.p.m.). Na północ ich niższa rozczłonkowana część. Główny Szlak Sudecki przecina je przez Ostrą Małą (936 m n.p.m.), niższy wierzchołek Skalnika. W 1989 roku utworzono tu Rudawski Park Krajobrazowy. Czas więc zdobyć Skalnik! Z Bukowca uroczym lasem docieramy do źródełka Jola i drogi asfaltowej, z której odbijamy w inny węższy asfalcik świeżo położony wśród drzew. Wzdłuż niej mijamy pozostałości po dawnych niemieckich szlakach turystycznych:  drogowskazy i daty wyryte na kamieniach oraz kamienna ławka dla zdrożonego wędrowca 😉 Obok niej wybudowano współczesną wiatę z dachem, szeroką ławą i miejscem na ognisko. W końcu stajemy na rozdrożu. Całe szczęście nie rozdrożu życia, tylko szlaków. Jesteśmy na Małej Ostrej. Porzucamy plecaki w borówkach i drepczemy szlakiem niebieskim na Skalnik (945 m n.p.m.). Porzucamy na chwilę Główny Szlak Sudecki na rzecz Korony Gór Polski. Kilkaset metrów dalej docieramy do niczym nie wyróżniającego się wierzchołka oznaczonego tabliczką. Kiedy już kończymy robić sobie zdjęcia pod nią zza górki wychodzi trzech chłopaków z rowerami na grzbietach. Rowerowcy – wyczynowcy, wyszli by zjechać, jeden z nich podobno jest nawet mistrzem Polski amatorów w tej kategorii, jakkolwiek by się ona nie nazywała. Wesołe chłopaki, które dziwią się, że komuś się chce iść tyle kilometrów pod rząd, tak samo, jak my się dziwimy, że komuś sprawia przyjemność wynoszenie roweru na szczyt, żeby potem zjechać nim na złamanie karku w dół. Rudawy Janowickie się do tego nadają. W każdym bądź razie szczyt zdobyliśmy, a plecaki w borówkach czekały na nas grzecznie. Wspięłam się po ostańcach Małej Ostrej, z których pięknie widać Kotlinę wraz otaczającymi ją pasmami górskimi na parę fotek i mijając Konie Apokalipsy (cała grupa skał i skałek) zeszliśmy na Przełęcz pod Bobrzakiem (805 m n.p.m.).

Wzgórza Bramy Lubawskiej, czyli nie zadzierajcie z Zadzierną

W Szarocinie pożegnaliśmy Rudawy Janowickie i wkroczyliśmy we wzgórza Bramy Lubawskiej. Niby te wzgórki takie niewysokie, ale trochę nam dały w kość. Takie góra dół. Najpierw zbocza Łysuni i Rudzianki, następnie ostro na Świerczynę (720 m n.p.m.), potem na Zadzierną (724 m n.p.m.). Z tą Zadzierną to odczuliśmy to jak jakąś złośliwość tyczącego szlak, bo zeszliśmy już do doliny z widokiem na Zalew Bukówka, w kierunku którego szliśmy. A tu niespodzianka – odbijamy w lewo ostro pod górę i na górę. Żeby sobie ze szczytu popatrzeć na chłodną wodę. Dobra, wiem, że szczyt ten jest najwyższy wzniesieniem Wzgórz Bramy Lubawskiej, ale człowiek w upale nie do końca docenia tego typu rzeczy kiedy spływa potem. Stąd już szlak czerwony prowadzi do asfaltu i nim wzdłuż rzeki Bóbr maszerujemy do Lubawki. Bardzo ładnej miejscowości z rynkiem z kilkoma XVIII – wiecznymi kamienicami, ratuszem i figurą św. Jana Nepomucena z 1727 roku. W tym roku (2016) odrestaurowano miejscową skocznię narciarską K-85 z myślą o pucharze kontynentalnym. Skocznię na Kruczej Skale w Lubawce wybudowano w 1924 roku dla przygotowań niemieckich olimpijczyków i obok Wielkiej Krokwi w Zakopanem należy do najstarszych tego typu obiektów w Polsce.Rekord należy do Jakuba Kota, który skoczył tu w 2010 roku na Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży 96 metrów. Nam najbardziej jednak przypadła do gustu pizzeria. Byliśmy niewyobrażalnie wprost spragnieni glutaminianu sodu, a tu rozczarowanie: pizza była prawie domowa! Nie zawsze można mieć wszystko. Dało nam to jednak siły, by raźnie obejść ogromny miejscowy dworzec kolejowy. Niegdyś musiał to być naprawdę ważny punkt na kolejowej mapie tej części Europy. W każdym bądź razie maszerowaliśmy wdychając zapach ostro nagrzanego asfaltu. Wokół domów mężczyźni kosili swoje bezsensownie równiutkie trawniki. Jeden nawet zadziwił się, że o tej porze jeszcze idziemy. My się sobie dziwiliśmy również, ale Lubawka wydawała się nie mieć końca. Całe szczęście nie musiała się kończyć, bo szlak czerwony kazał nam skręcić w lewo w do lasu. Znaleźliśmy się u stóp Leszczynowego Wąwozu. Niepewni co do dalszego wyglądu trasy znaleźliśmy kawałek łaskiego miejsca wśród wysokich sosen. Miejsce wydawało się być nieźle osłonięte od drogi. Ale tylko wydawało się. Co rusz, wieczorową porą, parami, z kijkami ktoś przechodzić. I asfaltem, i leśną ścieżyną. Ktoś nam wyjaśnił, że to miejscowa “ścieżka zdrowia”. Jak pech, to pech. Gdy się już nam wydawało, że powinien być koniec tych pochodów, bo przecież nadeszła godzina telewizyjnych seriali, usłyszeliśmy wołanie: “Policja! Otwierać!” Zabrzmiało to dość kuriozalnie, dla nas wewnątrz namiotu. A jeszcze bardziej groteskowo wypadł policjant czekający z pałką tuż przy wejściu do namiotu, jakby chciał załomotać w jakieś drzwi, a tych nie było… Całe szczęście nasi stróże prawa mieli dość poczucia humoru, by po sprawdzeniu, że jesteśmy pełnoletni, nie uciekliśmy z domu i żadni z nas “uchodźcy”, życzyć nam dobrej nocy. Straszne czasy.

Góry Kamienne: szlak czerwony przez Góry Krucze

Leszczynowy Wąwóz był leszczynowy, ale jakiś taki krótki. I ledwie wydrapaliśmy się na Czarnogórę (621 m n.p.m), przeszliśmy u stóp Anielskiej Góry i  już było po Górach Kruczych, a my trafiliśmy do Betlejem. Najpierw jednak poszukaliśmy kesza w okolicy Stacji Krzyżowej. Nie, nic mi się nie pomyliło. Betlejem to przysiółek Krzeszowa. Leży nad Cedronem. A Krzeszów to takie małe religijne centrum świata. Wokół na wzgórzach znajduje się kilkadziesiąt kaplic kalwaryjskich, na uboczu w Betlejem, cystersi postawili kaplicę z szopką betlejemską. W centrum wsi stoi opactwo  z bazyliką mniejszą pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Potężny budynek pokryty wewnątrz malarstwem iluzjonistycznym (wyjaśnienie na mojego Piotra: malarstwo iluzjonistyczne to taki rodzaj malowania na powierzchni dwuwymiarowej/płaskiej, że otrzymujemy złudzenie przestrzenności/trójwymiarowości ;)).

Tuż za wsią zaczynają się Wzgórza Krzeszowskie. Wraz z wznoszeniem się Głównego Szlaku Sudeckiego na Górę Św. Anny oprócz krzepy zyskujemy też kolejny piękny widok na sam Krzeszów i okolice. Trawersując Górę Ziuty (631 m n.p.m.) najwyższy szczyt Wzgórz schodzimy w kierunku Grzęd, by ponownie wchodzić w Góry Kamienne, tym razem w Masyw Lesistej Wielkiej. Tu też zdobywamy najwyższy szczyt pasma – Lesistą Wielką (858 m n.p.m.) i schodzimy do drogi głównej. Tą przez 2,5 km podążamy już do Sokołowska.

Sokołowsko – jesteśmy na wczasach,w tych … sennych kurortach

Wow. Naprawdę wow! Sokołowsko zrobiło na nas wrażenie. Senne i spokojne. Ale zarazem zadaje szyku przedwojennym sznytem. To na wzór Sokołowska było budowane słynne szwajcarskie Davos! Sokołowsko do tej pory niszczało powoli. Przechodząc przez nie jednak zapaliła się w nas jakaś nadzieja na to, że nie umrze. Kawałek wyremontowanego budynku, pierwsza modna na styl warszawski kawiarenka. Oby to miejsce dało sobie radę, bo naprawdę w nim pięknie. My się bardzo rozleniwiliśmy w tym miejscu, ledwie wyszliśmy spomiędzy zabudowań i znaleźliśmy się za rzeczką na łące (co z tego, że przeoranej przez krowie kopyta, lekko podmokłej) to rozbiliśmy namiot. I dobrze, bo tuż chwilę później zaczął padać letni wiosenny deszczyk ….