Po grudniowych zmarnowanych biletach w końcu się udało. Wylądowaliśmy ponownie w Izraelu. A tam, choć luty i zima, to i tak ciepło. Dwa pierwsze dni poświęciliśmy na aklimatyzację w Tel Avivie, włócząc się szlakiem Bauhausu po mieście (o tym napiszę na koniec). Potem upakowaliśmy w naszych plecakach zapas wody na dwa dni i jedzenia na cztery (tyle było według przewodników do kolejnych źródeł zaopatrzenia), wsiedliśmy do autobusu, w którym kierowca nie do końca wiedział, gdzie znajduje się przystanek (Tsafir Junction Center Quarry), na który kupiliśmy bilety i już. Jedziemy. Zaglądaliśmy przez szyby, ponad siedzenia, niczym strusie wyciągając raz po raz głowy, by nie przegapić miejsca, w którym dokładnie skończyliśmy. W końcu wypatrzyliśmy, autobus zatrzymał się na poboczu (widocznego znaku przystankowego nie było), pani z autobusu złapała mnie za rękaw: Tutaj? Po co? Przecież tu nic nie ma? … (Autobus jechał do Ejlatu, był piątek, wszyscy jechali spędzić tam weekend, nad morzem). No właśnie, że tutaj. Stąd było 350 km pozostałych kilometrów Izraelskiego Szlaku Narodowego. Tych trudniejszych, przez pustynię. Co oznaczało, że aby zmniejszyć ilość kilogramów na naszych grzbietach zminimalizowaliśmy ilość posiadanego wszystkiego. Tak by zmieściła się woda do picia. Więc gdyby jedyne spodnie potargały się dramatycznie na skałach, to napojeni musielibyśmy dojść do jakiejś drogi (a przynajmniej to jedno z nas w całych spodniach) i złapać stopa do sklepu ;). I że na pustyni raczej wody tyle co w plecaku, to również nie przygotowaliśmy się do brania pryszniców (czytaj: mała buteleczka z mydłem i mały ręcznik). Ale co tam!
Wysiadamy. Znajdujemy ostatni znak szlaku i zaczynamy rozglądać się za tablicą, która powinna wskazać nam wyznaczony, co oznacza – legalny “night camp”. Jednak nie jest łatwo, bo trudno stwierdzić bez wyrzutów sumienia, że ta kupa gruzu to ruiny Mezad Tamar?

Izraelski Szlak Narodowy

W starożytności przebiegał tędy jeden ze szlaków (Spice Road, szlak kadzidlany), którym podążały karawany z towarem, głównie z przyprawami i kadzidłem, wzdłuż którego władcy budowali punkty postoju i opłat. Miasto Tamar było właśnie jednym z takich miejsc istniejącym już w X wieku p.n.e. Obecnie podobno prowadzone są tu prace wykopaliskowe i zabezpieczające, ale chyba w jakimś innym terminie, bo nic takiego nie mogliśmy stwierdzić. Ponadto mam nadzieję, że właściwa część ruin znajduje się gdzieś indziej, bo to co zastaliśmy nie wyglądało zbyt imponująco ;). No ale na archeologii to my się naprawdę nie znamy.
Ta noc była dość hałaśliwa, jak to szabat na pustyni, sporo samochodów i ognisk.

Dzień przywitaliśmy wraz ze wschodem słońca, pierwsze pakowanie namiotu i reszty zaliczyliśmy nawet sprawnie i ruszyliśmy. Upał i kamienie pod stopami od razu przypomniały nam o ubiegłorocznym wędrowaniu. Skały, ścieżki, doliny wyschniętych rzek i strumieni … Jak byśmy nigdy się nie zatrzymali. No, ale dziś mieliśmy przemierzyć pierwszy z trzech na naszej drodze (a w całym Izraelu pięciu) kraterów (geologicznie zdaje się, nie jest to nazwa właściwa, dla tych wielkich tworów powstałych w wyniku erozji, używa się słowa makhtesh, ale nie tu miejsce na takie rozważania).
Po kilku kilometrach doszliśmy do brzegu Makhtesh Katan (Hazira Crater, Mały Krater) długiego na sześć kilometrów, szerokiego na cztery i głębokiego na 500 metrów (dno kratery znajduje się poniżej poziomu morza). Powstawał  poprzez działalność wody i wiatru przez 4-5 milionów lat … Od kropelki do wielkiej dziury! Imponująca jest siła i cierpliwość natury!

Izraelski Szlak Narodowy, kratery

 

Israel National Trail

Na jego brzegu stało mnóstwo tabliczek z zakazami i ostrzeżeniami (łącznie z tym, że jest to teren szczególnej aktywności sępów oraz innych drapieżników !). Ponadto ścieżka w dół była zagrodzona olbrzymią metalową rurą, chyba niektórzy próbowali tędy zjeżdżać, tylko pytanie na czym? Chyba na rowerach, bo taki zakaz też postawiono. Słońce już pali, a my schodzimy Ma’ale Hatzira, które stanowiło część starożytnej drogi, w dół. Dróżka jest na tyle stroma i kamienista, że udaje mi się już w pierwszy dzień upaść, rozerwać jedyną koszulę na łokciu i zaliczyć obdrapanie i siniaki.
Ale za to na dole czekały na nas dość księżycowe widoki i mnóstwo kolorów:

 

 

 

 

Kolorowe piaski i skały wskazują na występowanie tu różnych minerałów, piaski takie nazywa się polimineralnymi, kolor nadaje im minerał. Wygląda to jakby ktoś wylewał różne farby.
W pewnym momencie, gdy skręcaliśmy by iść wzdłuż kolejnego brzegu krateru, minęło nas dwóch pędzących na osłach Beduinów… Ot, tak..
Słońce grzało naprawdę mocno, tak więc gdy dotarliśmy do wysokiego na 400 metrów, dość pionowego brzegu krateru, postanowiliśmy poczekać aż słońce schowa się za jego krawędź i znajdziemy się w cieniu. Dopiero wówczas zaczęliśmy wspinaczkę na Ma’ale Eli. Podejście to otrzymało imię po Elim, synu drugiego prezydenta Izraela Itzhaka Ben-Zvi, który w połowie lat 40-tych ubiegłego wieku podczas wspinaczki w tym miejscu odwodnił się  i o mało nie zginął , ale ostatecznie został uratowany (zginął podczas Wojny o Niepodległość w 1948 roku).

Makhtesh Katan

 

 

 

Było dość wymagająco: wąska ścieżka, skały, fajnie, że zamontowano w pewnym momencie metalową poręcz oraz metalowe uchwyty, bo było miejscami dość pionowo. Nagrodą było czekające na nas na szczycie krawędzi słońce…

I niespodzianka w postaci wody! Okazało się, że w ciągu roku, 400 metrów od szlaku utworzono punkt z wodą (dociągniętą / dowożoną ? tego nie wiemy, ale jest kran). Nie skorzystaliśmy, bo oczywiście przytargaliśmy zapas ze sobą na plecach …
Oczywiście “pole namiotowe” nie mogło nazywać się inaczej aniżeli Mitzpe Maktesh, czyli widok na krater… W nocy nieźle wiało, ale nas nie wywiało, bo od razu zrobiliśmy odciągi z kamieni (tak już pozostanie do końca, śledzie mogliśmy zostawić w Polsce, nie ma takiej opcji, by je wbić w te skały).
Kolejny dzień zaczęliśmy oczywiście ze słońcem. Dopiero dzisiaj do mnie dotarło, że wstajemy gdy w Polsce jest dopiero 5 rano, pora normalnie dla nas nieosiągalna do wstawania!
Zaraz za drogą wchodzimy do rezerwatu Makteshim Ein Yahav, i wzniesienie Mezad Tzafir (488 m n.p.m.) z pozostałościami rzymskiej warowni stojącej na straży granicy imperium (the Limes) w II i III wieku p.n.e.

 

Ze szczytu ścieżka biegła już łagodnie i przyjemnie. W wyschniętych korytach rzek rzeczywiście widać zimę: dużo krzaków, niektóre kwitnące i pachnące. Musieliśmy się przestawić: jak na pustynię to rzeczywiście było zielono 😉

 

Niebieskim szlakiem doszliśmy do suchego wodospadu Ma’ale Yemin, pokrzyczeliśmy tu trochę, by sprawdzić czy przewodnik nie kłamie. Echo rzeczywiście było długie, może i na 6 sekund, jak podają.

 

W wadi czekało nas nas drzewo akacjowe (jedno z pierwszych, tzw. samotnych drzew, które w rzeczywistości rzadko rosły pojedynczo, ale widocznie tak uroczo dla autora przewodnika brzmi “lonely tree”, że używał tego określenia bardzo często), o tak, była idealna pora na pitę i humus. A może rybę z puszki na dwoje? Podczas sjesty usłyszeliśmy krzyki odbijające się echem po dolinie – ktoś za nami szedł . Nie czekaliśmy. Za zakrętem, był kolejny i kolejny. Aż doszliśmy do ściany. Dosłownie. Najpierw ścieżka się wiła pod górę, aż dochodziła do drabinki, a potem kilku uchwytów i skał. Nie było przyjemnie (oprócz drabinki). Panowie nas dogonili, przegonili, jeden z nich nawet zgubił szlak i poszedł urwiskiem, całe szczęście go stamtąd zawróciliśmy…

 

 

 

 

Tak, ja przez chwilę też nie mogłam uwierzyć, że ten zielony szlak i metalowe uchwyty to miejsce, gdzie powinnam postawić moje nogi i wspiąć się w górę, na skałę, a nie trzymać się ich rękoma i iść dalej 😉
Droga ta została wytyczona przez Palmachów (żydowski elitarny związek taktyczny, siły specjalne paramilitarnej Hagany z Wojny o Niepodległość) w 1948 roku.
Na szczycie jak zwykle czekała jakaś nagroda, tym razem Piotr szukając ustronnego miejsca trafił na źródełko z wodą:

Kawałek dalej znajdowało się Ein Yorkeam,  źródło znane już w starożytności – wiodły do niego schody wykute z skale jeszcze w czasach  rzymskich. Niestety nie mogliśmy nacieszyć się nim tak jakbyśmy chcieli – w nim i wokół niego i nad nim wisiało około 40 izraelskich dzieci, ćwiczących pracę w zespole, czyli przerzucanie sporych plecaków ponad wodą z brzegu na brzeg. Nie szło im najlepiej – sporo z nich będzie musiało spać tej nocy w mokrych śpiworach… Był to jakiś rodzaj kursu przygotowawczego przed pójściem do armii. Podobno poddawani są różnorakim testom, łącznie z tymi na inteligencję, by można ich było przydzielić do odpowiedniej jednostki,

Izraelski Szlak Narodowy

 

 

 

Tego dnia nie poszliśmy już zbyt daleko, zostaliśmy na pobliskim night campie, dzieci pomaszerowały asfaltem gdzieś dalej… A my mogliśmy kontemplować widoki i ciszę:

Kolejnego dnia wyszliśmy trochę później, ale wiedzieliśmy, że idziemy tylko 6 km, do Oronu, po wodę, pranie i ładowanie baterii. Przekroczyliśmy drogę asfaltową, potem tunelem przeszliśmy pod tajemniczą linią kolejową (nie jeżdżą tędy pociągi pasażerskie) i mieliśmy przedsmak kolejnego dnia na szlaku: wspinaliśmy się po brzegu wypiętrzonych skał, wyglądającym jak grzebień koguta. Góry Karbolet z widokiem na Maktesh Gadol (Wielki Krater):

 

 

Izraelski Szlak Narodowy

 

Maktesh Gadol

 

 

Po zejściu trochę zgubiliśmy szlak do miejsca kempingowego, ale okazało się ono być bardzo dobrze oznakowane w inny sposób:

Izraelski Szlak NArodowy

 

Już wiem dokąd całą wczorajszą noc pędziły drogą  ciężarówki … Do Mordoru…

Przysypało nas prochem w nocy ..

w poprzednim odcinku                                                                                           w następnym odcinku

INFORMACJE:

Dzień 35: Mazad Tamar – Makhtesh Katan NC 22km czas przejścia 7-17
woda pitna 400m od szlaku i night campu na koniec dnia

Dzień 36: Makhtesh Katan – Ein Yorkeam NC 13 km
czas przejścia 7-13

Dzień 37: Ein Yorkeam NC – Oron NC 6km
czas przejścia 7-9.45
Nocleg i woda w Oron  tuż przy wjeździe do fabryki (niezbyt szczęsliwa lokalizacja ) , w budce strażników   można podładować sprzęt elektroniczny