Wapniaki Wdrodze

Ostatnio przerwaliśmy opowieść przy dźwięku chrumkania dzikich świń w Ein Kovec. Budzenie się razem ze słońcem weszło nam już w krew, dlatego po odprawieniu porannych rytuałów, dość sprawnie ruszamy. A raczej wręcz zjeżdżamy na tyłkach w dół do doliny Nahal Amud. I już po kilkuset metrach wiemy, skąd ten zakaz popołudniowego kontynuowania wędrówki dnia wczorajszego. Szlak biegnie skałami zboczem, sporo tu drabinek i klamer. A po deszczu to już w ogóle byłoby trudno. Ale całe szczęście w Izraelu pada nieczęsto:). Najbardziej wymagające jest kilka pierwszych kilometrów…

Izraelski Szlak Narodowy: wyschnięte koryta rzek i niecodzienne formacje skalne

Israel National Trail
Nahal Amud

Za drabinką odkryliśmy, zaraz za skrętem dolinki, fajne miejsce na rozbicie namiotu (nielegalne, zagrożone karą:)), ale w ten sposób można było pominąć wczorajsze wieczorne wspinanie się na Ein Kovec. Po przejściu tego odcinka znów trafiamy na kamienie wyschniętego potoku, którym wędrujemy, aż dolinka przechodzi w szutrową drogę, gdzie przestajemy być sami: towarzyszą nam krowy. No cóż. I zaraz potem mija nas trzech Chińczyków. Chyba chińczyków, gdyż stwierdzam, że jestem “raso-ślepa”. Zdarza się. Potem przechodzimy pod drogą nr 85 i … cóż to widzą nasze piękne oczy? Czyżby kolejny wyschnięty potok? Z brzegu na brzeg, z kamyka na kamyk, Trochę to już nudne… Całe szczęście, że państwo Izrael postanowiło nam trochę urozmaicić to “iście”:)

I zbudowało schody. Do nieba. Dla tych co się nudzą: można sobie wejść i zejść z tych schodów, ilość podróży dowolna:). Jak już zaspokoimy swoją ciekawość co do tego, co znajduje się na ich szczycie (niestety mało romantycznie, a bardzo praktycznie, schody służą pracownikom Ha’Movil Ha’Artzi, czyli wodociągom państwowym, ułatwiają im dostęp do rur, którymi woda z Jeziora Galilejskiego jest rozprowadzana po całym kraju) pędzimy (tylko godzina drogi) do Ha’Amud (the Pillar, kolumna) formacja skalna powstała w skutek procesów erozyjnych:

Israel National Trail

A w oddali widać ostatnią przeszkodę, którą musimy pokonać, by dojść do Jeziora Tyberiadzkiego (pewnie pełnego rybaków i łódek:). Przez plantacje daktyli docieramy do Migdal, gdzie czekają na nas dwie nagrody: pierwsze to sklep, a w nim …. lody (jesteśmy wniebowzięci, że jest otwarty, bo przypominam, że jest szabat), a druga to plantacja grapefruitów. Przysięgam, nigdy nie jedliście (ani ja wcześniej) tak słodkich soczystych cudownych owoców. Pycha. Sok spływa nam po naszych brudnych rękach:). Namiot rozbijamy niedaleko stacji benzynowej w Migdal, w sadzie oliwnym, u stóp góry Arbel.

Izraelski Szlak NArodowy, Jezioro Galilejskie

Kolejny dzień wita nas czymś mlecznym zawieszonym w powietrzu, nie jest to mgła, tylko piasek przywiany tutaj znad pustyni. Podobno jest to zjawisko dość częste (burze piaskowe) i pył utrzymuje się później około trzech dni. Nawet jedna ze spotkanych pań tłumaczyła mi, że ta mgiełka ma inne zabarwienie w różnych częściach kraju. Nad pustynią jest bardziej pomarańczowa, w okolicach Tel Avivu zielonkawa, a tutaj na północy biała. W każdym bądź razie dzisiaj raczej nici z widoków. Tradycyjnie na początek wspinaczka na Arbel (powoli staje się to codziennością):

IZrael

 

Galilea

Całe szczęście widok z góry w sumie nie najgorszy, pomimo tego mleczka w powietrzu:

Izraelski Szlak Narodowy

W prawym dolnym rogu powyższego zdjęcia znajduje się stacja i gaj oliwny, w którym spędziliśmy ostatnią noc:). Widoczność pogarsza się z każdą godziną, ale są też tego plusy: słońce nie praży aż tak niemiłosiernie…

Dochodzimy do Mitzpe, a raczej już Tyberiady, gdzie w sklepie przy szlaku zostawiamy ślad swojej marszruty w zeszycie, który jest wypełniony hebrajskimi hieroglifami, tych którzy szli szlakiem. My jesteśmy pierwsi z tym naszym polskim wpisem.
Dziś znów śpimy w sadzie oliwnym. Ciekawe czy ciągle będę lubiła oliwki po powrocie? W nocy ciągle słychać jakieś wycie. Musimy głębiej to zbadać, bo nigdzie nie widzieliśmy stad bezdomnych psów, to musi być coś innego.

Yardenit – Miejsce chrztu w rzece Jordan

Poniedziałek. Schodzimy do cywilizacji. Najpierw przechodzimy przez wieś Kineret, potem dziwny park ze śmierdzącą wodą, nad którą stały zardzewiałe maszyny rolnicze (rodzaj muzeum czasu minionego?)

Izrael

I dość szybko dochodzimy do Yardenit Miejsca Chrztu w Rzece Jordan, przy którym stoi mnóstwo wycieczkowych autobusów, a w środku tłumy ludzi, na dodatek różnych wyznań, spora ich część otrzymuje chrzest w rzece, w miejscu z którego według Biblii wziął początek ten obrzęd.

Izrael

Dalej szlak biegnie brzegiem rzeki Jordan, dość szybko mijamy indiańską (!) wieś: centrum kajakowe Rob Roya.  I znowu idziemy drogą szutrową, powoli w górę na Nahal Yavnel. Gdy tak maszerujemy wokół nas izraelskie wojsko ćwiczy wyciąganie hamera hamerem:). I uwaga! Jesteśmy od nich szybsi pod górkę!

 

Jeśli to hamery, bo się nie znam… Potem już wędrujemy sobie wzgórzami, i tego dnia zaczynamy rozumieć, dlaczego miejscowa żywność jest taka droga. Jeśli tutejsze pola ze zbożem oplecione są setkami gumowych rur i spryskiwaczy, którymi codziennie pompowana jest woda… To chyba nie trzeba się dziwić cenom.
Dziś żegnają nas klucze ptaków, które pewnie wracają do Polski. Może idzie wiosna?

 

Rozbijamy się niedaleko starożytnej synagogi, której jednak nie udaje nam się odnaleźć. Pewnie jest aż w takiej ruinie, albo nie rozpoznaliśmy jej w budowli stojącej w samym środku pastwiska pełnego krów:). W nocy co rusz budzi mnie przeraźliwy huk silników samolotu. Gdy otwieram namiot to widzę ich podwozie, na dodatek wysunięte. Mam nadzieję, że nie zamierzają tu lądować:). Jest to też pierwszy nocleg z widokiem na górę Tabor. Pierwszą górę w moim życiu, którą udało mi się znienawidzić. Dlaczego? O tym za chwilę. Na razie sobie na nią popatrzcie:

Nocleg z widokiem na górę Tabor

Israel National Trail

Następnego dnia idziemy w jej kierunku. Długą, nudną polną drogą. Kilka razy przechodzimy przez strumyk, w którym o dziwo jest woda! Nawet udaje nam się zamoczyć po pół buta! Aż dochodzimy do Kfar Kish. Dziś nie idziemy daleko, bo mamy zamiar spędzić popołudnie na tak uroczej czynności jaką jest pranie ręczne. W Kfar Kish znajdujemy sklep, w którym jednak nie możemy doładować telefonu, nie możemy więc zadzwonić do miejscowego Trail Angela. Całe szczęście obruszony pan sklepikarz  (o to że jego nie zapytamy, przecież to cała wieś zarządza tym miejscem, czyli też i on) kieruje nas do miejsca przeznaczonego na spanie. Miejsce nazywa się Keekale’s hut i jest to jakiś składzik z dachem, ale ma prysznic z gorącą wodą, WC i materace. Na pranie idealny. Za co się zabieram. Po chwili dochodzi do nas Stefan, dziennikarz z Niemiec. On zaczął szlak robić rok wcześniej, ale tak się nim rozkoszował, że zabrakło mu około tygodnia na dojście do mety (termin lotu nadszedł). Dlatego wrócił w tym roku. Planuje napisać o tym książkę. Ja ciągle piorę, gdy dołącza się do naszej wesołej gromadki Charlie, Amerykanin, który idzie w tym samym kierunku co my. Chłopak spędził cztery miesiące na wolontariacie w Izraelu, a teraz chce jeszcze przejść Shvil przed powrotem do Japonii, w której uczy angielskiego. Z Charliem nasze drogi jeszcze niejednokrotnie się zejdą. Piotr idzie do wsi znaleźć taką jedną Sarę, która ma pieczątkę do naszego paszportu ze szlaku. Dość szybko przyjeżdżają po mnie i jedziemy do niej na kawę. Sara prowadzi B&B w wielkim domu w Kfar Kish i jest bardzo uroczą osobą. Po kawie odwozi nas do naszego dzisiejszego domu. Bierzemy prysznic (tylko my, bo pozostali panowie nie mają na to odwagi, cóż nie mieszkali w Krakowie na Bydgoskiej D:), pranie suche, noc ciepła idziemy spać. W oddali mruga do nas wieczornymi światłami góra Tabor.
Noc nie należy do najcichszych. Na posesji obok odbywa się koncert. W rolach głównych: osioł i kilka psów. Osioł akompaniuje uderzając tylnymi kopytami w blaszane drzwi chórowi złożonemu z psów. Zwrotki są różne. Czasem najpierw wchodzi chór, a dopiero później instrument, by po chwili osioł wystąpił solo. Uroczo. I do tego za darmo! W związku z tym, że zabawiliśmy na tej imprezie trochę za długo poranek jest ciężki. Trudno wstać, głowa boli. Ale idziemy. Szczególnie, że mamy zaraz kolejny przystanek: ja zostaję na stacji benzynowej, a on łapie stopa i jedzie po kolejną pieczątkę do paszportu, która znajduje się kilka kilometr,ów od szlaku (a jakże!). Całe szczęście wraca już po godzinie i możemy zacząć się wspinać na … górę Tabor. A jest dość ostro. Spore przewyższenie: ponad 500 metrów na niespełna 1,5km. Słońce przygrzewa. I już jesteśmy na górze. Już przy murze klasztoru, gdy nagle szlak skręca i w lewo i robimy pełne kółeczko dookoła szczytu góry. A my nie schodzimy ze szlaku (gdybyśmy poszli w prawo mogłoby być dużo bliżej do klasztoru). W końcu docieramy. Zostawiam Piotra z bagażami i idę zwiedzić kościół Przemienienia Pańskiego:

Izrael

 

Izrael

A on w międzyczasie zaprzyjaźnia się z żółwiem…

Jest to już szóste zdjęcie w jego aparacie, bo żółw chyba był niezwykle szybki i nie mógł go dogonić (na pierwszym jest tylko jego tył:). Potem już tylko mijamy drugi klasztor, prawosławny i ostro schodzimy w dół. Najpierw mijamy wielkie śmietnisko, a potem wchodzimy do lasku. Jesteśmy tak zmęczeni, że szybko szukamy jakiegoś miejsca do snu. Nocujemy z widokiem na górę … Tabor. Chyba już wiecie, dlaczego nie polubiłam tej góry? Dziesięć dni za nami.

w poprzednim odcinku                                                                                  w następnym odcinku

Informacje praktyczne: 

dzień 6: Ein Kovec – stacja benzynowa w Migdal, 18 km
czas przejścia 8,5godziny
sklep przy drodze nr 90 , czynny też w soboty i na stacji benzynowej w Migdal

dzień 7: Migdal – Poria, 21km
czas przejścia 9,5godziny (z nad wyraz dużą ilością przerw)
kilka sklepów w Mitzpe/Tyberiadzie, za drogą nr 77, w jednym z nich jest zeszyt do wpisania się

dzień 8: Poria – Hirbat Sirin, ok 15km
nocleg:
-miejsce na namiot przy szlaku na początku wsi Kineret,
– za Centrum chrztu, na brzegu rzeki Jordan, sporo dogonych miejsc;

dzień 9: Hirbat Sirin-Kfar Kish, 21 km
nocleg: Keekale’s hut i sklep w Kfar Kish

dzień 10: Kfar Kish – u stóp góry Devora, 12-14km
sklep na stacji benzynowej u stóp góry Tabor
woda na górze Tabor
po zejściu z góry Tabor, sporo  fajnych miejsc w lasku przy szlaku